Profesor Józef Pieter - psycholog, filozof, naukoznawca


POLITYKA nr4 (2638) 26 stycznia 2008
Ludwik Stomma
Dziwny jest ten Śląsk

Pierwszą książką, którą opracowałem ("Tematy, które mi odradzano", PIW 1980), był wybór publikacji Jana Stanisława Bystronia. Nie ma w tym przypadku. Bystroń jest dla mnie, uważam tak nadal w ponad ćwierć wieku później, najwybitniejszym etnografem polskim. Był on skądinąd zięciem innego, jakże niesłusznie zapomnianego już dzisiaj, etnografa Andrzeja Cinciały, któremu folklorystyka śląska zawdzięcza bardzo wiele. Od lat jestem entuzjastą pisarstwa Jerzego Pilcha. Jak każdy obywatel Rzeczpospolitej obowiązkowo, inaczej groziłoby mi przecież wynarodowienie, uwielbiam Adama Małysza. Ostatnio, o czym za chwilę, wpadły mi w ręce pasjonujące wspomnienia Józefa Pietera "Czasy i ludzie". Jan Stanisław Bystroń urodził się we wsi Datynie Dolne, rzut beretem od Cieszyna. Andrzej Cinciała w Kozakowicach Górnych, parę kilometrów od Datyń. Adam Małysz i Jerzy Pilch w Wiśle, Józef Pieter w Ochabach koło Skoczowa. Cóż ma w sobie ten malutki Śląsk Cieszyński, że tylu wychowuje tuzów? "Czasy i ludzie" są w jakiejś mierze odpowiedzią na to pytanie. Wydał wprawdzie Andrzej Cinciała swoje wspomnienia, nie brakuje wątków autobiograficznych w twórczości Jerzego Pilcha, jednak książka Pietera jest tutaj istnym fenomenem. Zacząć należy od tego, że oszałamia on swoją pamięcią. Kiedy na przykład pisze swojej klasie w gimnazjum cieszyńskim, wymienia w kolejności alfabetycznej i charakteryzuje wszystkich (sic!) jej uczniów. I tylko o jednym stwierdza z ubolewaniem, że "rozpłynął się w jego pamięci". Dodaje jednak zaraz, iż: "Kolega Rudolf Pająk należał do najcichszych w klasie, na lekcjach odpowiadał na to, co musiał i o ile umiał, naprzerwach z nikim nie rozmawiał. Studiował potem nauki przyrodnicze na UJ". Tyle o tym, który "rozpłynął się w pamięci". Ale inni się nie rozpłynęli. Dostajemy więc kilkaset portretów uczniów, ich rodziców, nauczycieli ze Śląska Cieszyńskiego lat 1912-1923. Potem Pieter wyjedzie (wróci w rodzinne strony już tylko na stosunkowo krótki czas), będzie robił profesorską karierę w Krakowie, Warszawie i Katowicach, gdzie wmurowana zostanie tablica upamiętniająca nie tylko jego osiągnięcia naukowe, ale również fakt, że już od 1929 r. walczył o utworzenie Uniwersytetu Śląskiego i jest niewątpliwie jednym z jego ojców chrzestnych. Gdziekolwiek jednak rzucały go losy, wszędzie odnajdywał i pasjonował się losami swoich ziomków. W ten sposób kilkadziesiąt przynajmniej starych portretów przekształca się, od zdarzenia do zdarzenia i od spotkania do spotkania, w namiętnie skreślone szkice biograficzne, relacjonujące losy "cieszyniaków" aż po lata osiemdziesiąte. Rzetelny obraz pokolenia. Co w nim frapującego? Przede wszystkim wspólne mianowniki. Podczas okupacji przeżywa Pieter trudne chwile. Co go zaprząta najbardziej? Po pierwsze: zapewnić byt najbliższym i pomóc przyjaciołom. Kilkanaście razy dowiadujemy się więc, jak ewoluowały z miesiąca na miesiąc paskarskie ceny słoniny i mleka,

Cóż ma w sobie ten malutki Śląsk Cieszyński, że tylu wychowuje tuzów?
jak się miały do kwoty, którą udało mu się akurat skombinować. Po drugie: gdzie znaleźć książki, żeby uczyć się nadal. Po trzecie: jak zorganizować rodzinny wypad do lasu czy na łąkę. Pieterowi wydaje się, że ową elementarną triadę wymusiła na nim dziejowa apokalipsa. Nic z tych rzeczy.

Kiedy cofamy się w jego wspomnieniach o trzydzieści lat, znajdujemy dokładnie to samo. Oto w 1914 r. jego ojciec kupił "na Zabawie" pod Skoczowem 10 mórg (ok. 5 ha) ziemi. Na ich skraju rósł, w szczerym polu, potężny dąb, zasadzony podobno w 1618 r., już wtedy uznawany za botaniczny unikat. Przy dębie właśnie powstał nowy rodzinny dom. "Nie wiem - pisze Józef Pieter - dlaczego ojciec wybrał ten właśnie punkt, do którego nie prowadziła żadna droga. (...) Zachodziła przecież konieczność wybudowania drogi dojazdowej: albo z tzw. drogi pierscieckiej na międzypolnej miedzy, albo prostopadle do ťcesarskiejŤ na cudzym polu. W obu przypadkach w grę wchodziły znaczne koszty dodatkowe i kłopoty, związane z uzgodnieniem dojazdu z sąsiadami...". To oczywiście swoista kokieteria. Syn, który biegał po okolicy szukając rzadkich roślin i rywalizował z kolegami, kto będzie miał ciekawszy zielnik, rozumiał doskonale ojcowską decyzję. Może obawiał się we wspomnieniach nuty sentymentalizmu? To możliwe, bo Pilch również stara się kpić z rodzinnych pejzaży, ale kiedy tylko je muśnie, czuć nostalgię i zakorzenienie. Wspomniałem już ocenach słoniny. Pieter je wciąż oblicza, ale w istocie rzecz się nie ma nijak do bilansu finansowego. Chodzi o to, kiedy będzie musiał oczekiwać pomocy, a kiedy sam będzie mógł pomóc. Pieniądz przestaje mieć wartość samą w sobie, nikomu nie przychodzi do głowy, żeby go odkładać, a odgrywa jedynie rolę przelicznika umożliwiającego zachowanie więzi społecznej. Wreszcie książki. One może świadczą najdobitniej, jak zmieniły się czasy. Wśród kolegów szkolnych Pietera są dzieci chałupników, gospodarzy bogatych i ledwo wiążących koniec z końcem, urzędników, rzemieślników, kupców, sklepikarzy... Łączy ich jedno. Wiara w sens i konieczność pozyskiwania wiedzy. Cóż z tego, że odbywa się to czasem pozornie chaotycznie. Andrzej Cinciała był etnografem, notariuszem i prezbiterem zboru luterańskiego. Jan Stanisław Bystroń - etnografem, socjologiem i historykiem. Józef Pietera filozofem, socjologiem i pedagogiem. Jerzy Pilch jest pisarzem, felietonistą, krytykiem literackim i footballologiem.

Cóż lepiej udowadnia, iż istnieje kumulacja wiedzy. Doświadczenia krzyżują się, wytwarzają nieznane dotąd figury intelektualne i stawiają nas przed wciąż nowymi wyzwaniami, którym sprostanie pozwoli może popchnąć nasz mały światek choćby o mikron naprzód. Jakże sprzeczny to etos z bałwochwalczo wyznawanym dzisiaj wyścigiem biznesowych szczurów, w którym szmal decyduje o wszystkim, literatura sprowadza się do komiksów, solidarność społeczna do odjętej od podatków jałmużny, a nauczyciel staje się groteskowym pariasem.


Valid HTML 4.01 Transitional

Poprawny CSS!

Ostatnia aktualizacja: 4.02.2009